Logowanie do serwisu
WiGometr - Indeks Nastrojów Inwestorów
Czy marzec na gpw będzie ?
wzrostowy
spadkowy
horyzontalny

Głosuj

Zagłosuj aby zobaczyć wyniki ankiety.

Polska

Kto obroni naszą suwerenność ?

 

Wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego dał przyzwolenie dla podobnych działań ochrony suwerenności w innych państwach. Ale czy znajdzie się wola polityczna rządzących, by obrony polskich interesów się podjąć? – zastanawia się profesor prawa

 

Pierwotny projekt europejskiej wspólnoty gospodarczej, który wyrodził się w sui generis kontynentalne państwo, musiał w konsekwencji doprowadzić do zasadniczych przeobrażeń w organizacji i funkcjonowaniu państw członkowskich. Realizacja unijnego pomysłu dotarła do miejsca, w którym oficjalnie uzewnętrznił się już konflikt o granice integracji i zakres kompetencji demokratycznych, suwerennych państw narodowych.

Kolejne etapy zacieśniania integracji uregulowane w traktacie z Lizbony napotkały już opór struktur jednego z państw członkowskich UE. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny swym dotykającym fundamentów europeizmu wyroku zatrzymał integrację w biegu, powodując ambaras i zaskoczenie unijnych decydentów.

 

Pochłanianie suwerenności

 

Procesy integracyjne to w rzeczywistości przejmowanie na ogromną skalę, w sposób niedostrzegalny na bieżąco dla przeciętnego obywatela, przez hybrydowe struktury zwane Wspólnotami Europejskimi (lub Unią Europejską), kompetencji państw narodowych i jego struktur organizacyjnych funkcjonujących nominalnie według reguł trójpodziału władz, zasady zwierzchnictwa narodów (parlamentów) nad władzą wykonawczą (urzędniczą) czy hierarchicznie zbudowanych systemów prawnych z konstytucją i ustawami na ich szczycie.

Integracja w celu tworzenia państwa europejskiego jest zaprzeczeniem tych tradycyjnych reguł działania państw demokratycznych. Koncept Unii Europejskiej „żywi się” bowiem kompetencjami i funkcjami suwerennych państw, które stopniowo przejmuje, uzurpując sobie rolę nadrzędnego nad narodami suwerena wspólnotowego. W Polsce o około 80 proc. spraw regulowanych prawem decydują już organy unijne w Brukseli.

Inicjatywa, która po II wojnie światowej miała doprowadzić do względnego pokoju i zgodnej współpracy państw europejskich, wskutek swej degeneracji przekształciła się w twór myląco nazwany „organizacją międzynarodową”, rządzący się jednak własnymi, konkurencyjnymi wobec państw członkowskich prawami, interesami, celami, aspirujący do państwowości, suwerenności czy odrębnego obywatelstwa. W tym celu etapami demontuje on i wchłania suwerenne państwa go tworzące.

Polski parlament swą własną ustawą zrzekł się pozakonstytucyjnie wpływu na sprawy polskie w UE

Ze struktury służebnej dla państw członkowskich Wspólnoty stały się z czasem bezwzględną władzą centralną nakładającą obowiązki i dotkliwe kary finansowe. Twarzą i synonimem Unii jest unijny komisarz, wyłaniany jak wszyscy jej funkcjonariusze w niedemokratycznych, częściowo tajnych, procedurach.

 

Antydemokratyczny traktat

 

Ucieleśnieniem kolejnego milowego kroku w znoszeniu suwerenności terytoriów składających się na budowane państwo europejskie i przenoszeniu lub ograniczaniu ich kompetencji na rzecz centralnych struktur UE jest traktat z Lizbony. Jego postanowienia są jaskrawie, żeby nie powiedzieć – bezczelnie, antydemokratyczne, demoralizująco odrzucają sens prawa w jego wielowiekowym, dwutysiącletnim, rzymskim znaczeniu, zastępując je unijnym pojęciem „aktualnie obowiązujący system wartości”.

Skandalicznie niedemokratyczne procedury stanowienia unijnego prawa, na który państwa ani ich obywatele nie mają żadnego wpływu, zostały ogólnie wprowadzone m.in. w części szóstej, tytule I, rozdziale 2 zreformowanego przez traktat lizboński traktatu o funkcjonowaniu UE. Jednostka i państwa stają się przedmiotem zobowiązanym do wykonywania różnych, całkowicie niejasnych „celów i interesów” integracyjnych i ogólnie postępowych.

Traktat z Lizbony doprecyzowuje i dosztukowuje kolejne elementy jednolitego państwa (np. ustanowił nowy organ: wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, w istocie ministra spraw zagranicznych UE dla wszystkich państw członkowskich). Traktat w około 50 obszarach pozbawia państwa członkowskie prawa weta na rzecz głosowania większościowego, przypisuje domniemanie kompetencji na rzecz organów unijnych, odrzucając tym samym kategorię naturalnego suwerena władzy, jakim jest państwo i jego demokratycznie wybrany parlament.

Traktat z Lizbony radykalnie przesuwa punkt ciężkości władzy z parlamentów państw członkowskich na centra decyzyjne w UE.

 

Życzliwość dla interesów UE

 

Faktyczną agresję na instytucję demokratycznego, suwerennego państwa uzasadnia wzniośle nie tylko Europejski Trybunał Sprawiedliwości, ale też – niestety – większość trybunałów konstytucyjnych państw europejskich, wpisując się w polityczne zapotrzebowanie elit władzy.

Trybunały te utożsamiają się z interesami integracyjnymi, a nie swych własnych państw. Np. polski Trybunał Konstytucyjny dowodzi rzekomego istnienia (nieistniejącej przecież) w konstytucji polskiej, dziwacznej w systemie demokratycznym i prawnym zasady „życzliwej” dla integracji unijnej interpretacji przepisów polskich, aby w razie sprzeczności przepisów obu tych systemów zapewnić poprzez tę regułę pierwszeństwo przepisom wspólnotowym, zewnętrznym. Korzystanie z samowolnie wymyślonej, nieistniejącej (bo sprzecznej z logiką każdej konstytucji) zasady umożliwiającej w sytuacjach konfliktu norm niezastosowanie norm polskiej konstytucji lub innego aktu prawnego lub ich obejście lub nadinterpretację lub innej techniki, doprowadziło do stanu, w którym TK swymi subiektywnymi, nieweryfikowalnymi, „życzliwymi” dla interesów i celów UE interpretacjami polskiego prawa przekierunkowuje i zmienia (pozakonstytucyjnie) konstytucyjne zasady organizacji i funkcjonowania państwa polskiego, poddając je bezpodstawnie władzy organów UE.

Elity władzy zainteresowane są głównie realizacją modnych i „poprawnych” projektów integracyjnych, dowodząc raczej swych kompleksów niż patriotyzmu i lojalności narodowej.

 

W obronie Niemiec

 

Na tym tle pozytywnie wyróżniał się zawsze niemiecki Trybunał Konstytucyjny, a w ubiegłym roku także Trybunał w Czechach. Niemiecki TK (FTK) w swym wyroku z 30 czerwca nie miał wprawdzie nic przeciwko samemu traktatowi z Lizbony zabierającemu obszerne dziedziny władzy państwom członkowskim (co zrozumiałe, gdyż Niemcy są nie tylko największym płatnikiem Unii, ale też i najpoważniejszym w niej decydentem), to jednak stanowczo zażądał dla niemieckiego parlamentu, obywateli Niemiec oraz dla siebie samego wpływu na procesy decyzyjne w UE. Tak aby prawa podstawowe określane przez niemiecką konstytucję nie były naruszane lub znoszone.

FTK swym wyrokiem nagłośnił uporczywie, „życzliwie i prowspólnotowo” zamilczany przez inne państwa, trybunały, środowiska naukowe i media od dawna nabrzmiały podstawowy problem proporcji między zakresem integracji z UE (tzn. zakresem suwerennych kompetencji przekazywanych przez państwa organom Unii) z zakresem suwerenności narodów i zwierzchniej roli parlamentów nad władzą wykonawczą działającą w stosunkach z UE.

FTK wziął wszystkie te wartości w obronę i w interesie Niemiec, Niemców i swoim własnym wstrzymał ratyfikację traktatu do czasu zabezpieczenia w prawie niemieckim tych spraw. Jednocześnie, co może najistotniejsze, odrzucił koncepcję przekształcania Unii w jednolite państwo kosztem likwidacji suwerenności państw członkowskich.

Wyrok FTK nie wywołuje oczywiście skutków prawnych w Polsce. Powstaje więc sytuacja, iż pod ewentualnymi rządami tego samego dla wszystkich traktatu Niemcy chronić będą swe konstytucyjne prawa podstawowe i swą suwerenność (m. in. poprzez ocenę regulacji unijnych, a nawet niepodporządkowanie się im). Inne państwa, które podobnych ustaleń jak FTK nie dokonały lub nie dokonują – środków ochrony swej suwerenności mieć nie będą.

Organy unijne nie sprzeciwiły się obronnej, stanowczej i radykalnej interpretacji unijnego traktatu, zaś kanclerz Angela Merkel (wprawdzie tylko publicznie) była wyrokiem zachwycona.

 

Polska konstytucja jak uboga krewna

 

Wyrok FTK stworzył dla wszystkich państw członkowskich nową sytuację prawną o niezwykłej doniosłości. Przedstawiona w jego uzasadnieniu argumentacja ustrojowo-prawna z oczywistych powodów powinna być uwzględniona w koniecznych, podobnych działaniach władz polskich, gdyż systemy ustrojowe państw europejskich są zasadniczo zbliżone.

Trudno sobie wyobrazić, by po wyroku FTK władze polskie, ośrodki polityczne czy naukowe przeszły nad wytkniętym problemem zagrożenia przez traktat lizboński suwerenności narodów i parlamentów do porządku. By udały, że wyrok FTK to wewnętrzna sprawa Niemiec, by nie próbowały analogicznie zabezpieczać interesów Polski, Polaków i parlamentu czy TK w decyzyjnych procedurach unijnych. Do działania władze publiczne zobowiązuje Konstytucja RP i przysięga, którą członkowie wszystkich władz złożyli. Posłowie na przykład, iż „rzetelnie i sumiennie wykonywać będą obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Polski, czyniąc wszystko dla pomyślności Ojczyzny”, a premier, iż „dobro Ojczyzny… będzie dla mnie zawsze najwyższym prawem”.

Na razie zdumienie budzi brak jakiejkolwiek reakcji na niemiecki wyrok środowisk polskich eurosympatyków, konstytucjonalistów, parlamentu, marszałków, partii politycznych, władz, którzy często walczą o nieistotne drobiazgi. Gdy zaś otworzyła się konieczność dyskusji nad sprawami dla Polski fundamentalnymi, dotyczącymi jej podmiotowości w UE, potrzebą zwiększenia podmiotowości polskiego parlamentu w procedurach decyzyjnych w Unii – nikt nic nie mówi.

Wydaje się, iż odmiennie niż w Niemczech (zob. Zdzisław Krasnodębski, „Rz” 10 lipca 2009 r.) w Polsce po akcesji do UE konstytucji nie traktuje się poważnie, nie jest w podstawowych regulacjach respektowana (rola Sejmu, rządu, wolności gospodarczej, źródeł prawa itp.). Władze bardzo rzadko odwołują się w swych działaniach do niej, bezpodstawnie dając w praktyce pierwszeństwo przepisom unijnym. To one są przedmiotem troski władz o należyte i pełne stosowanie. Przepisy polskie, w tym konstytucja, jak uboga krewna, w razie sprzeczności unijnych regulacji z jej postanowieniami jest naginana i „życzliwie” przeinterpretowywana w swoje zaprzeczenia. Konstytucja RP, mentalnie, z chwilą akcesji została w istocie przez władze odrzucona, stanowiąc widoczny balast i kłopot na drodze integracji i podporządkowania się Brukseli. Co oznacza, iż suwerenność, o którą tak stanowczo walczy FTK, w Polsce nie jest wartością. Mówiąc językiem młodzieżowym, suwerenność Polski, podobnie jak patriotyzm jest traktowana raczej jako polityczny „obciach” i przejaw nacjonalizmu.

 

Osłabianie Sejmu

 

Niemiecki FTK zażądał realizowania konstytucyjnych wymogów demokracji także w stosunkach z UE, w procesach decyzyjnych Unii. W Polsce zaś sytuacja w zakresie wpływu suwerena (narodu, władzy ustawodawczej) na działania władz wykonawczych (rządu) podejmowanych w imieniu Polski w stosunkach z UE jest zasadniczo sprzeczna z polską konstytucją.

Według jej art. 4 „władza zwierzchnia w RP należy do Narodu”, który „sprawuje władzę przez swych przedstawicieli”. Władzę ustawodawczą w RP sprawuje Sejm i Senat (art. 95). Władza zwierzchnia dotyczy całokształtu spraw w państwie, także tego, a może zwłaszcza tego, co jest przedmiotem przekazywania kompetencji władz publicznych (suwerenności państwowej) przez Polskę do struktur Wspólnot. Jednak uchwalona na potrzeby akcesji Polski do Unii ustawa z 11 marca 2004 r. o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem RP w UE jaskrawie sprzecznie z Konstytucją RP zmienia ustrojową rolę polskiego parlamentu, czyniąc z niego w 80 procentach spraw przekazanych do Unii organ wyłącznie opiniodawczy dla działań Rady Ministrów i organów wspólnotowych, organ co najwyżej „informowany” przez rząd oraz działający w sprawach unijnych jako lokalny („krajowy”) organ wykonujący, implementujący ustalenia i decyzje urzędników z Brukseli.

Polski parlament swą własną ustawą zrzekł się pozakonstytucyjnie wpływu na sprawy polskie w UE. Tę oczywiście sprzeczną z konstytucją ustawę zaskarżono do TK, który jednak życzliwie dla UE i organizacji jej pracy, lecz nieżyczliwie dla polskiego suwerena (narodu, parlamentu) uznał konstytucyjność przepisów tej ustawy, chociaż odebrała ona parlamentowi (a tym samym narodowi) wpływ i głos w sprawach podporządkowywania państwa polskiego strukturom do niego konkurencyjnym (sprawa K 24/04).

TK dowodził przy tym, wbrew logice i wiedzy, że niewiążące opiniowanie przez parlament działań rządu „jest w istocie wykonywaniem kompetencji ustawodawczej”, czyli jest władczym stanowieniem prawa!

Co więcej, sympatyzujący z Unią polscy konstytucjonaliści osłabiają dodatkowo funkcje Sejmu, przekonując, że sfera polityki zagranicznej (też stosunki z UE) to wyłącznie domena władzy wykonawczej (rządu) i parlamentowi nic do tego. Ten pogląd jest oczywiście sprzeczny z cyt. art. 4 K., czyniącym z narodu, a nie z rządu podmiot zwierzchniej władzy w Polsce.

Poglądy TK i dużej części nauki wyłączyły więc ogromne obszary życia gospodarczego i społecznego spod kompetencji i realnego wpływu polskiego parlamentu. Nie mówiąc już o samowyłączeniu się od konstytucyjnych obowiązków kontrolnych przez TK, który naśladować niemieckiego TK nie chce (trudno bowiem uznać wewnętrznie sprzeczny wyrok polskiego TK dotyczący akcesji za jednoznaczny).

Poglądy TK i części nauki dały w praktyce przewagę władzy wykonawczej nad ustawodawczą, obalając odmienną zasadę konstytucyjną. Od czasu akcesji, na podstawie ustawy o współdziałaniu, która podporządkowała w znacznym zakresie spraw Sejm i Senat rządowi i jego urzędnikom, którzy mogą narzucać parlamentowi wszystko, a nawet działać wbrew jego woli, Sejm nie ma bezpośrednio żadnych prawnych środków dla doraźnego odrzucenia lub zablokowania szkodliwych dla Polski decyzji w stosunkach z Unią, podejmowanych np. przez niskiego rangą urzędnika MSZ lub rząd. W sprawach dotyczących Unii polski Sejm jest niemy.

 

Szansa dla naszego kraju

 

Być może jednak posłowie zechcą zrealizować słowa swego ślubowania i „zechcą chcieć” wykonywać swe konstytucyjne i ustrojowe obowiązki także w dziedzinach oddanych do Brukseli. Potrzebna byłaby tu jednak pilna inicjatywa poselska dla odpowiedniej i analogicznej jak w Niemczech zmiany ustawy o współdziałaniu RM z Sejmem i Senatem w sprawach integracji z UE. Pozwoliłoby to przywrócić konstytucyjną rolę Sejmu, podobnie jak to zrobią Niemcy być może we wrześniu lub później.

Inną drogą ochrony interesów i suwerenności Polski, zwłaszcza w sytuacji powstałej po wyroku FTK, byłoby zaskarżenie do TK ustawy zezwalającej prezydentowi na ratyfikację traktatu z Lizbony.

Ustawa ta spełnia wymogi dla zaskarżenia, tzn. jest aktem prawnym uchwalonym i ogłoszonym. Z wnioskiem do TK mógłby wystąpić każdy z konstytucyjnie uprawnionych podmiotów (art. 191 K), np. grupa posłów, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu, prezesi Sądu Najwyższego, NSA, RPO, prezes NIK, organy stanowiące jednostek samorządu terytorialnego, organy związków zawodowych itd. We wniosku do TK należałoby zarzucić ustawie „ratyfikacyjnej”, że upoważnia prezydenta RP do podpisania traktatu z Lizbony, chociaż nie ma w Polsce odpowiedniego ustawodawstwa, które (analogicznie jak w Niemczech) zabezpieczałoby konstytucyjne uprawnienia parlamentu polskiego, narodu jako suwerena w procesach decyzyjnych w obszarze ok. 80 proc. spraw gospodarczych i społecznych oddanych do kompetencji UE.

Swego czasu PiS wystąpił z tego rodzaju projektem, jednak odrzucono go, zarzucając tej partii eurofobię. Wydaje się, iż dziś nieoprotestowany przez organy UE wyrok niemieckiego TK stworzył wyjątkowe, choć milczące przyzwolenie dla podobnych działań ochrony suwerenności i reguł demokracji w relacjach z UE w innych państwach. Należałoby tę szansę jak najszybciej wykorzystać. Czy jednak znajdzie się wola polityczna rządzących, by takiej obrony polskich interesów się podjąć? Ze swej strony wątpię.

Do czasu zmiany ustawy o współdziałaniu Rady Ministrów z Sejmem i Senatem lub wyroku TK w sprawie ustawy „ratyfikacyjnej” prezydent nie powinien traktatu z Lizbony podpisywać, biorąc pod uwagę nie tylko elementy zewnętrzne (referendum w Irlandii), ale także niezwykle istotne okoliczności i szanse, które pojawiły się po wyroku niemieckiego trybunału. Choć moim zdaniem prezydent nie powinien podpisywać tego traktatu w ogóle.

 

Krystyna Pawłowicz

Autorka jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

 

źródło: Rzeczpospolta

 



Dodaj komentarz

Podpis  
Dołącz obraz (jpg, png, gif)